Link :: 05.09.2013 :: 17:06
Dziś dzień zainspirował mnie do przygotowania pewnej listy. Listy piosenek filmowych. Nie będą to najlepsze piosenki, najważniejsze czy te, które zmieniły historię kina. To będą najfajniejsze piosenki, które mają w sobie coś, co lubię. Głównie pochodzą ze znakomitych filmów, które koniecznie trzeba zobaczyć, czasem z trochę słabszych, ale gdyby każdy w swoim życiu miał oglądać tylko dobre kino - ominęłoby nas tyle wspaniałych historii z krokodylami i rekinami w tle...

Dziś część pierwsza.

No to lecimy. Kolejność raczej nie jest przypadkowa :)





1. Zmowa pierwszych żon (1996)



Super film, wesoły, w babskim stylu. No i piękne zakończenie.




2. The Blues Brothers (1980)

Śmietanka artystyczna, świetne piosenki, film kultowy. Ray to moja miłość, stąd wybór oczywisty :)








3. Sok z żuka, Beetle Juice (1988)

Za młodu bałam się tego filmu, ale dzięki niemu (i koledze Słupkowi) Harry Belafonte gra u mnie na każdej potańcówce.






4. Pół żartem, pół serio (1959)

Śmieszny film :) No i ona...






5. Maska (1994)

Mistrz film, mistrz piosenka.






6. Lakier do włosów (2007)

Grzeczny i ugładzony jak włosy po lakierze, ale piosenka jest wesoła i fajna. No i ta obsada!







7. Zakonnica w przebraniu (1993)

Film dzieciństwa :) Mogę go zobaczyć jeszcze ze sto razy i zawsze będę to robić z przyjemnością.





Dobra, w tym sorcie to tyle. Już myślę o następnej rundzie :)




Komentuj (0)


Link :: 12.08.2013 :: 17:48
Co jakiś czas ktoś z moich znajomych wspomina harcerstwo i cieszy się umiejętnościami tam zdobytymi. Przyszła pora na mnie.




Ogniska, wyjazdy, zabawa - jasne, to zawsze było ważne. Ale mnie w tym wszystkim trzymało coś zupełnie innego - realizacja zadań. Nie wiem czy do harcerstwa z tym przyszłam, nie wiem czy tam się tego nauczyłam, nie pamiętam. Ale wiem dziś, że tworzenia list i zadań nauczyłam się właśnie tam. Nazywało się to systemem stopni i sprawności.




Sprawności miałam sporo, stopnie też realizowałam z większym zainteresowaniem niż może koleżanki. Lubiłam zrobić sobie ciekawą listę zadań (na podstawie pewnych wymagań) i następnie realizować każde z nich, wieńcząc całość podpisaną kartą i kolejnym stopniem na mundurze. To było dla mnie ważne, bo widziałam zmianę w sobie, czułam, że idę do przodu. Dzięki temu zrobiłam wiele dobrych i fajnych rzeczy.




Kiedy jeszcze kilka lat temu prowadziłam blog bardziej skrupulatnie, z boku miałam listę zadań do zrobienia - wszystko, co przychodziło mi do głowy spisywałam, układałam, a następnie z wielką przyjemnością realizowałam. Te listy pozwoliły mi skończyć wiele kursów, pojechać na szalone wakacje, sprawdzić swoje możliwości.

Te dziwaczne pomysły (spontaniczna majówka na stopa we Włoszech, przebiegnięcie maratonu itd.) widniały na moich listach, nakręcały mnie do działania, a z biegiem czasu zwyczajnie były realizowane.




Od dwóch lat nie robię takich list. Pisanie bloga trochę mi przeszło (już się tak nie denerwuję, w związku z tym często nie mam zdania na jakieś “krzykliwe” tematy, bo zwyczajnie uważam to za stratę czasu), harcerstwo jest już tylko wspomnieniem...


Przestałam robić listy - to wcale nie znaczy, że się nie rozwijam. Zrobiłam ostatnio kilka fajnych rzeczy, jestem z nich zadowolona. Ale one wyszły tak raczej "ot tak".

Nie wiem, co będę robić jutro, za miesiąc, za tydzień. Żyję sobie z dnia na dzień. No i spoko, super, ale jednak czuję, że w tym czasie mogłabym robić fajne rzeczy, że przez ten brak list i przemyślanych wyzwań zamknęłam się na pewne sprawy, że przestało mi się chcieć.




W związku z tym - rozpisuję sobie kolejny stopień. Stopień “ruszenia dupy”. Liczę na 10 ciekawych zadań, które mam zamiar zrealizować przez najbliższe miesiące. Nie chcę planować sobie każdego dnia, ale spontanicznie nie zrealizuję pewnych spraw, a mojego własnego sukcesu nie chcę zostawić przypadkowi (banalnie brzmi, wiem - uczę się od Krzysia Kanciarza cały czas :)).




Wracam do robienia list, ale nie tych w pracy, nie tych służbowych (tych robię aż nadto). Tylko moich. Na pierwszym miejscu jest urlop. Do dzieła!



Komentuj (2)


Link :: 21.07.2013 :: 19:09

Od kiedy zamieszkaliśmy na Bobro, mamy zajawkę na dobre jedzenie. Dobre w sensie dobrej jakości. I dziś czara się przelała, postanowiliśmy dzielić się naszymi obserwacjami. Skoro piszemy o wyprawach, wycieczkach i wyjazdach, to czemu mamy nie pisać o jedzeniu? :)



Czara się przelała z powodu śmietany.
Już wyjaśniam. Robiłam ostatnio rybę w sosie kurkowo - śmietanowym. W związku z tym musiałam kupić śmietanę. I coś mnie skłoniło, by zerknąć na jej skład. I to był koniec - koniec mojej cierpliwości do robienia nas w balona na każdym kroku. Wiem, zdaję sobie sprawę, że "moc" mojego lajta jest żadna w porównaniu ze znanymi blogerami, których żale i trwoga trafiają do firm, ale co tam. Wy będziecie wiedzieli i sami zdecydujecie, co wolicie.



Wiadomo, składniki, które są w tych śmietanach nikogo nie zabiją, nic się złego nie stanie jak koś będzie je jadł itd.
Ale - jak zauważycie - tych "dodatków" jest masa i to w praktycznie każdym produkcie! I jeśli będziemy patrzeć na to w ten sposób, zobaczycie, że dziennie zjadamy tych wszystkich E trochę za dużo. A można inaczej i da się robić po bożemu (dosłownie!).



O śmietanach pisał już Supermarket: http://supermarket.blox.pl/2012/01/Co-jest-w-smietanie-Skrobia-kukurydziana-guma.html

ale ja na pytanie: Czy to oznacza, że nie da się kupić normalnej czystej śmietany bez dodatków??? mam odpowiedź. Da się!

Ale od początku:




Zawsze kupowałam Piątnicę,
bo jest polska, bo taka nasza itd. I nie sprawdzałam składu, bo niby co może być w śmietanie? W składzie: skrobia modyfikowana kukurydziana, substancje zagęszczające: pektyna, mączka chleba świętojańskiego, a na dodatek guma guar. Mmm, pychotka.

Odstawiłam. Ale - są lepsi!

smietana_piatnica_1


Eko Lukta - ekologiczna śmietana. Myślę sobie, sprawdzimy, zobaczymy. Jest znaczek eko, więc powinno być bezpiecznie. A tu nie, nie, nie, nie ma łatwo. Bo owszem, eko to jest w tej śmietanie, ale surowiec, z którego jest wykonana. Ale dodatki... - mączka chleba świętojańskiego i pektyna (są to legalne dodatki do żywności ekologicznej - cała lista niżej). Mnie nie przekonuje.


smietana_ekoligiczna_1

Jak się okazało - da się zrobić śmietanę, w której będzie śmietana. Finito. Jest wprawdzie pasteryzowana, ale nie ma w sobie żadnych dodatków, które ją zagęszczają.

Jest to śmietana z działki "Produkty klasztorne".



Nie wiem jak to jest, że jedni potrafią robić dobrze, a inni mają na to wiadomo co i robią, żeby robić. Mnie to wkurza i nie mam zamiaru się więcej cisnąć - jak coś znajdę, będę się dzielić. Jeśli chociaż jedna osoba dzięki temu zastanowi się nad tym, na co wydaje swoje pieniądze, to mi się chce.

smiatana_dobra


 

Teraz jestem zadowolona. Nie, żebym się jakoś szczególnie czepiała, śmietana jest jaka jest i każdy może sobie wybierać swoją, ale ja już decyzję podjęłam. O kolejnych produktach wkrótce, bo się z Iwanem nakręciliśmy :) 





A w ramach ciekawostki:

W żywności ekologicznej dopuszczalne są następujące dodatki:

- kwasy spożywcze i ich sole o różnym przeznaczeniu (np. utrwalanie): mlekowy, jabłkowy, cytrynowy, winowy,
- przeciwutleniacze: ekstrakt bogaty w tokoferol, kwas askorbinowy, ekstrakt z rozmarynu,
-
zagęstniki: alginiany, agar, karagen, mączka chleba świętojańskiego,
guma guar, guma arabska, ksantanowa, gliceryna, pektyny,
hydroksypropylmetaceluloza do kapsułek,
- gazy: CO2, hel, argon,
- węgiel drzewny i annato do specjalnych serów,
-
nieliczne konserwanty: azotany i azatyny do produkcji produktów
mięsnych i wędlin (ograniczone do 80 mg/kg) oraz siarczyny i inne
związki siarki, m.in. do win owocowych,
- regulatory pH i środki
przeciwzbrylające: nieliczne węglany, chlorek wapnia, siarczan wapnia,
wodorotlenek sodu, dwutlenek krzemu,
- lecytyna,
- fosforan monowapniowy jako składnik proszku do pieczenia.
Pełna
lista dodatków do żywności dopuszczonych do stosowania w żywności
ekologicznej wraz z ograniczeniami użycia i specyfikacją znajduje się w
aneksie VIII Rozporządzenia Komisji (WE) Nr 889/2008




Komentuj (2)


Link :: 15.07.2013 :: 22:59
Byliśmy w Muzeum sztuki nowoczesnej. Decyzję taką podjęła moja młodsza siostra Zuzanna i bardzo jestem jej za ten wybór wdzięczna, bo jak znam życie sama niechętnie wybrałabym się do takiego miejsca. Przyznaję się, sztukę nowoczesną znam ze skandali i od czasu do czasu oglądam WOK.



Najczęściej myślałam o niej w kontekście postawienia kilku elementów na kilku elementach i dorobieniu do tego ideologii, którą widzi tylko artysta. Miałam okazję przekonać się jak jest. A jest trochę tak, a trochę nie.



Po pierwsze - jeśli ktoś z Was może wybrać się do tego Muzeum (wejście bezpłatne) i poświęcić chwilę oraz 5 zł (tyle kosztuje przewodnik - w takim muzeum - obowiązkowy), to polecam. Warto zobaczyć to na własne oczy i przekonać się, co rzeczywiście o tym myślicie. Eksponatów jest wiele i - uwaga! - część nie wygląda na eksponaty! Gdyby nie Pani Przewodnik (oprowadzi Was bezpłatnie, wystarczy poprosić), nie miałabym pojęcia, że to, co prezentuje ściana, to sztuka.



Zacznijmy więc naszą przygodę:


Zaczynam od Romana Stańczaka i "Regału" (zdjęcie poniżej).

Jest to meblościanka - stara dobra, ale zniszczona, podrapana, poobijana. Wygląda bardzo dziwnie, na tle białej ściany budzi pewien niepokój.

Ale... tak to widzi fachowiec - zacytuję może fragment z przewodnika:

"Regał" to powszedni i niewyszukany obiekt - meblościanka, którą artysta obrał z politury, pozostawiając wokół ścinki materiału przypominające złuszczoną skórę. Traktując przewrotnie warsztat rzeźbiarski, odwrócił proces kształtowania, uzyskując surrealny efekt. Celem tego zabiegu - pozbawienia przedmiotu zewnętrznej powłoki - jest magiczne przekształcenie codzienności.

Tak, to jest ten moment... "magiczne przekształcenie codzienności". No nie, to jednak wciąż obdarta i poobijana meblościanka. Moja interpretacja przegrała ten konkurs, a sama praca nie wzruszyła. Ale przecież nie wszystko musi wzruszać, więc idę dalej.


mebloscianka-2


Nie chcę drzeć łacha ze sztuki. W końcu to sztuka, jest w muzeum, ktoś, kto się zna, wstawił to do tego muzeum, to wszystko ma jakiś sens, prawda?



Ale to, co niżej widzicie, totalnie mnie rozwaliło. To chyba był najbardziej niezrozumiany przeze mnie eksponat i jedyne, co w nim dostrzegam, to przypadkowość stawiania przedmiotów przez nakręconego natchnieniem szaleńca w samym płaszczu.

Na zdjęciu są wanny, rajstopy, odlewy butów, lampa.

No i teraz uwaga:

Sarah Lucas, Rzymianie, 2011.Na pierwszym planie widzimy dwie odrapane żeliwne wanny otoczone niedbale rozrzuconymi odlewami ciężkich butów z klamrami, które przywodzą na myśl caligae, obuwie rzymskich legionistów i centurionów, pospiesznie "porzucone" przed kąpielą lub orgią. Obok widoczne są dwie strzeliste formy skonstruowane z rozciągniętych na drucie rajstop, przymocowanych do podłogi betonowymi butami na obcasie. Pantofle i bezwstydnie opięte rajstopami kuliste formy podkreślają seksualność, a jednocześnie groteskowość dwóch kobiecych sylwetek, które zachowują bezpieczny dystans od "centurionów".

Więcej pisać nie będę, bo - muszę przyznać - tu kończy się moje zrozumienie dla takiej "sztuki". Nie wiem o co chodzi, nie kumam tych rajstop, nie ma tu dla mnie żadnej "komedii seksualnej". Nie chcę być ignorantką, ale szczerze - przyglądałam się temu, czytałam, przyglądałam... nic z tego. Kolejna porażka!

 



wanny-2


Ale, ale - na zdjęciu powyżej jest jednak coś jeszcze - to białe pomieszczenie z czarnym wąskim wejściem. I to była praca, która zrobiła na mnie wrażenie - Wojciech Bąkowski, Widzę rzeczy, których nie ma, 2009.

Instalacja ta pomieszczenie, które wydaje koszmarne dźwięki. Nie są ogłuszające ani jakieś drażliwe, ale zwyczajnie straszne. To takie drapanie o ściany, ale drapanie szalone i brrr, na samą myśl się boję. Do pomieszczenia można wejść, jak podaje przewodnik - jest puste, ale ciemne. Ale żadne z nas się nie odważyło, tak dźwięk na nas zadziałał. Ta praca jeszcze bardziej do mnie przemawia, bo kiedy śpię w nowym miejscu, jestem bardzo wyczulona na wszystkie dźwięki. Wiem, że "nic tam nie ma", ale zasnąć nie mogę. Teraz może będę się bała trochę mniej - taka mini terapia w muzeum.

I teraz właśnie będzie coś, na co nie zwrócilibyśmy uwagi, gdyby nie grupa zwiedzających. Praca wisi na długiej białej ścianie i składa się z fragmentów sznurków powiązanych ze sobą supełkami i rozmieszczonych w trzech liniach. Sznurki. Powiązane. Wiszą.

Po przygodach z wanną miałam różne pomysły na interpretację tego "dzieła", ale tu właśnie sztuka nowoczesna strzeliła mnie w nos i po raz pierwszy zaczęłam rozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Znaczy "przełom". :)



Teresa Margolles, 127 ciał, 2006.

Z przewodnika:

Jest to długi na ponad 33 metry sznur spleciony ze 127 szwów, które użyte były wcześniej do zaszycia ran po sekcjach zwłok anonimowych ofiar przemocy ulicznej w mieście Meksyk.

Hardkor. To jest bardzo mocne. Szczerze mówiąc do dziś nie wiem, co o tym myśleć, bo przyzwyczajona jestem, że w muzeum sztuki nie stykam się z niedawną sytuacją społeczną w konkretnym mieście. Jak to przemyślę (a ostatnio myślę powoli, więc pewnie za kilka lat), to powiem, co o tym sądzę. Czy to przesada, czy inny sposób wyrażania sprzeciwu. Czy to dobra droga, czy muzeum i sztuka powinny zajmować się innymi tematami.

Na dziś myślę sobie, że nie spodziewałam się tego, że było to dla mnie okropne, wstrząsające i nieprzyjemne. Jeśli miało szokować, to szokowało. A na dodatek ktoś postawił to przy tych wannach - nieźle to wymyślili.

 






szwy-2


Dalej...

Oskar Dawicki, Bałwan cytatów, 2008.

No tak, bałwan w lodówce. Fajnie tak poczuć zimę :)

Więcej może niech powiedzą fachowcy :)



Z przewodnika:

Bałwan cytatów to ironiczna rzeźba wanitatywna wykonana z nietypowego materiału – śniegu, wymagająca nieustannej opieki, niejako „podtrzymywania przy życiu”. Na guzikach bałwana, jedynej trwałej części pracy, znajdują się cytaty z Rozmyślań rzymskiego filozofa i cesarza Marka Aureliusza. Fragment z księgi X Rozmyślań mógłby być mottem dla ironiczno-melancholijnej taktyki artystycznej Dawickiego: „Albo tu żyjesz i już się do życia przyzwyczaiłeś, albo sam się wynosisz na tamten świat i tego chciałeś; albo umierasz i służbę swą odbyłeś. Poza tym nic. Bądź więc dobrej myśli."


balwan-2




Polecam zobaczyć bałwana. Dla samego faktu włożenia śniegu do lodówki.


 I teraz obraz, co do którego nie mam żadnych wątpliwości - Wilhelm Sasnal, Broniewski, 2005. Można patrzeć na niego z różnej perspektywy, piękne są te szarości, ruchy pędzla (?) - na samą dłoń Broniewskiego (a raczej na to, jak została namalowana), można patrzeć i patrzeć. Bardzo ciekawe.

sasnal_maly



Zdjęć mam niewiele, bo jakoś nie mogłam się skoncentrować na fotach. Zresztą - w tych pracach ważna jest przestrzeń i bardzo indywidualne odbieranie i postrzeganie poszczególnych elementów.



Jak będziecie na miejscu, sprawdźcie koniecznie tych twórców:




Paweł Althamer
Wojciech Bąkowski


Jimmie Durham


Zbigniew Libera


Wilhelm Sasnal

 



Cóż mogę dodać - każdy sam musi ocenić, czy sztuka nowoczesna to jest coś, co do niego trafia, czy nie trafia.

Po wyjściu z muzeum byłam bardzo zadowolona, ale też przytłoczona. Analizowałam, rozmyślałam i dopiero krwisty stejk wyrwał mnie z zadumy. Pewnie o to chodziło, ale trzeba mieć na to nastrój. Tak z marszu, to może skończyć się właśnie na darciu łacha i straconych dwóch godzinach. Albo depresji.




Szczegóły, wystawy, godziny otwarcia:http://artmuseum.pl/pl

 

  






Komentuj (0)


Link :: 06.07.2013 :: 20:04

Miałam pisać na lajcie i to jest dobry plan, ale mam już lęki, że ten serwis lada dzień zwyczajnie wybuchnie, więc będę pisać notki tu (w końcu opłacone, to co się będzie marnować :P), a następnie wklejać html tam. Trochę to dziwaczne, ale w tej chwili nie znalazłam innego rozwiązania.


Zacznę od najcudowniejszego wypadu ostatnich lat. Serio, dawno nigdzie nie było tak wspaniale, jak tam. A pisząc "tam", mam na myśli Mazury. Tak się trochę zakręciłam na greckich i włoskich rozkoszach, że zapomniałam, że trzy godziny jazdy samochodem od Bobro, jest kraina, którą kocham, i która daje taki relaks, jakiego próżno szukać na samolotowych wyprawach.


To może zaczniemy... :)


To dzięki nim mogliśmy się tam spotkać i od nich zacznę. Aga i Robert. To była ich urodzinowa impreza i cieszę się bardzo, że razem z Iwanem zebraliśmy się i ruszyliśmy na nią. To dzięki Wam mieliśmy taki najlepszy weekend. Już na samym wstępie - dzięki Wam i raz jeszcze - wszystkiego naj naj naj i cmok cmok cmok :))


photo-4


To cudowne zjawisko, to Jedwabno, rodzinne miejsce Roberta. Przepiękna okolica, las, jezioro... ale tam było zacnie!


photo-5


Cały dzień (licząc od 14, rzecz jasna) :) spędziliśmy nad jeziorem. Co robiliśmy? NIC! Ale to było wspaniałe! My, pomost, foka, specjale... tak byłam podekscytowana, że nie mogłam przestać gadać, ale ostatecznie i chwila ciszy się znalazła.


Jedną z rozrywek była próba wodowania foki, której podjęła się Madzia, szalona Madzie specjal superstar. Jak się okazało obły kształt foki nie był sprzyjający, w związku z tym rozrywka zakończyła się wodowaniem i wnioskiem "to był zły pomysł". Słowem - wszyscy byli zachwyceni :)


wodowaie_foki


Za karę zamknęliśmy fokę w zagrodzie. Klawiszem był Mario - opiekun sióstr Tejchma, cierpliwy dobry pasterz i władca srebrnego rumaka. Jej uśmiech (foki) to była wyłącznie zasłona dymna.


mario i wodowanie foki


Było też opalanie, leżenie, gadanie, gadanie i gadanie oraz prażynki. Nigdzie nam się nie spieszyło (jeśli nie liczyć grilla i sklepu), nawet wyjeżdżaliśmy jakieś 4 godziny. Wspaniale, najlepiej i dostojnie. Jakieś 40 osób bawiło się znakomicie przez trzy dni, a my chcemy jeszcze raz!


mazury_tejchma


No właśnie - 40 osób. Niesamowicie pozytywna ekipa! Wieczory i noce i poranki spędzaliśmy przy wielkim ognisku, wszyscy razem. Nikt nie gadał o pracy, internecie, produkcji, scenografii, telewizji. Naszymi tematami były wspomnienia, grill, paluszki, ognisko i piosenka "Przy ognisku przy ognisku". Zero ciśnienia, napinania, zero kwasów. Sama przyjemność.


Z całego serca życzę sobie więcej takich spotkań. Regeneracja 100%.


Jeśli mogę jeszcze słówko - gorące podziękowania dla Mamy Roberta - ten smalec, to jest cudo!!!


DSC_9750 Panorama mala-1


Olać te wszystkie Grecje-srecje, jedziemy znów na Mazury!


Komentuj (0)


Link :: 25.06.2013 :: 21:57
Hahaha, no bez jaj! :)

Chyba właśnie wycofam się ze wszystkiego, co napisałam w poprzedniej notce! :) Właśnie w sposób dalece bystry i jakże złożony opisałam moją historię związaną z filmem i koniem (!), zmieniłam sobie edytor na html celem embedowania, a tu mi cały tekst wywaliło. Co za bieda! :)

Zatem - chcę zaprezentować moją najnowszą twórczość. Nakręciłam go sama, sama też zmontowałam - oczywiście bez pomocy Iwana nie miałabym najmniejszych szans na powodzenie tego - jak to mówi Antek - projektu. Ostatni szlif należy do Mistrza :)

Mam w tym filmie debilny głos, ale usprawiedliwiam to faktem, że chciałam być miła dla ludzi i zwierząt, a takie są właśnie konsekwencje bycia miłym. Stajnia jest w Żółwinie, na filmie zobaczycie moją siostrę, Krzysztofa, Łatka i Apolodżajsa.

Dopiero się w temat wkręcam, więc proszę o wyrozumiałość, bo to robota dla ludzi cierpliwych, a jak wiadomo - no właśnie :)










Komentuj (1)


Link :: 25.06.2013 :: 21:40
Nie jest łatwo. Od tego zdania muszę zacząć, bo serio - nie jest łatwo. Pisanie bloga to wcale nie jest prosta sprawa jak mogłoby się wydawać. Czas to tylko wymówka, problemem jest chęć przekazania czegoś. Jak byłam młodsza, wiele rzeczy, spraw, bardzo mnie denerwowało. Byłam szalenie impulsywna i łatwo przychodziło mi wszelkie wyrokowanie. Wiem to, bo piszę blogi od dawna i mam zapis każdego z nich. Widzę, jak się zmieniałam, jak z czasem pewne rzeczy już mnie nie denerwowały, zwyczajne zaczęłam je olewać.

A teraz?

Teraz denerwuję się, ale tylko na takie sprawy, o których publicznie napisać nie mogę - z takich czy innych powodów. Reszta - małe ma dla mnie znaczenie. To podejście nie wzięło się znikąd, ale... czy to teraz jest ważne?

Zdecydowanie mam mniej stresów, nie jestem już skłonna za wszelką cenę się upierać i przekonywać, jeśli widzę, że dyskutant nie przyjmuje moich słów, a jedynie zamęcza swoimi prawdami, z których nigdy nie będzie chciał zrezygnować. Szkoda mojego czasu. Więc mówię do tych, co chcą mnie słuchać i nie skupiam się na tych, co nie chcą.

A piszę to wszystko, by wyjaśnić, dlaczego wcale nie jest łatwo wrócić mi do pisania. Mało co mnie denerwuje, a to główny impuls do blogowania - taka osobliwa nerwowość, z którą musisz się z kimś podzielić, musisz pogadać, bo Cię rozrywa. Już nie tak często mnie rozrywa, może, a może znalazłam tylko kilka osób, które zapewniają mi "rozładowanie"? :) Tego jeszcze nie wiem (tak, z wiekiem obok czillałtu dopadło mnie także myślenie o pewnych sprawach dłuższe niż 1 dzień :)), ale ciągnie mnie do lajta, do tej formy, do powrotu.

Miałam próby z innymi blogami. Ale jakoś nie mogę się tam zadomowić. Dziś blogowanie jest inne, dziś to gwiazdy, zarabianie, trele morele. A ja nie potrafię się do tego dostosować. I mam ogromne problemy z nazwą. Serio, nie mogę się czuć jak u siebie, jeśli blog nie nazywa się tak, że chcę o nim mówić w świecie. A teraz tak jest i nie mogę się rozwiązania dopatrzyć. I pewnie dlatego przywiało mnie na stare śmieci.

Nie mam żadnej pewności, że fotolog.pl nie padnie za rok, dwa. Widzę, że nic się tu nie dzieje, boję się, że wszystko znów trafi szlag. Ale tym razem będę robić "kopie bezpieczeństwa". Przynajmniej taki mam plan.

Znów wrócę do zdjęć. Ale nie takich pięknych sikalafą, ale takich moich, niosących emocje i wspomnienia. Bo to jeden z mych najczarniejszych koszmarów - stawiając krok na kolejny klocek, ten za nami się zawala i zostaje tylko przestrzeń. Pusta. A przecież trzeba pamiętać o kilku sprawach :)

No dobra, to może nie będę już jęczeć.

Najśmieszniejsze jest to, że chyba założyłam vlog, ale jeszcze się w tym temacie nie zorientowałam :)


To co, wracacie ze mną? :)








Komentuj (4)


Link :: 05.05.2013 :: 15:38
Wraz ze zniknięciem serwisu grono.net (wtedy nie myślałam, że kiedyś go zabraknie), zniknęły zdjęcia z lajta. Ale zostały daty, została historia, są opisy.

Myślę o przeniesieniu wszystkiego na swoje śmieci. Ale jak to zrobić? Jak przenieść to wszystko?

Będę myśleć. No i - po wycieczce do Kazimierza zdecydowałam, że czas powrócić :)
Komentuj (0)


Link :: 18.06.2011 :: 20:17

Siora


Komentuj (0)


Link :: 18.06.2011 :: 20:16
Zwierzęta!











I na koniec Apacz :)


Komentuj (0)


Link :: 18.06.2011 :: 19:59
Kiedyś, baaardzo dawno temu, obiecałam, że pojawi się na mym zacnym blogasku część druga zdjęciowej relacji z podróży do Wenecji i Rzymu. Zebrałam się dziś i oto one.

Fot nie robiłam ja, lecz Adaś i Ster, a kto wie, może i inni :)


Z Pitim :) Moim towarzyszem podróży i posiadaczem makreli i pasztetów.




Gondola






Moje główne zajęcie




Zuza





Po nocce na jednym z miliona rynków. Taak, zrobiliśmy to. Łatwo nie było, ale co kto tej nocy przeżył - jego skarb! :)




Poszukiwania i upragnione błądzenie w Wenecji





Posilanie





I błyskawiczny przeskok do Rzymu :)








Nasze wspólne zdjęcie. Bo i Adaś i ja z aparatem non stop :)




Ruinki :)









Komentuj (0)


Link :: 21.01.2011 :: 12:49
Moje siostry - Agata i Zuza, oraz Apeczek - buldog francuski.

Siostry już znacie - młodsza świruje w swojej podstawówce i miga się od matmy, starsza skończyła studia i pracuje z konikami. Czas, by zapoznać się z Apeczkiem - psem pięknym, niezwykle przyjaznym, energicznym i szalonym. Jego zachowania są wspaniałe (potrafi przez godzinę stać nieruchomo, nigdy wcześniej nie widziałam, żeby pies tak się zachowywał, a przy okazji - mimo swojej masy i "koksowego" wyglądu, jest bardzo skoczny i zwinny).

Co tu dużo mówić - niedługo też będę mieć takiego :)




Apeczek i Agata, jego właścicielka.




Siostra Zuzanna.




No i ja :)







Komentuj (2)


Link :: 21.01.2011 :: 12:40
Wiem, wiem, długa cisza. Ale nic nie poradzę na to, że tyle się dzieje. Ot, chociażby ślub Nowaki i Augusta!

Dałam się namówić - co stwierdzam definitywnie - ostatni raz. Takiego stresu nie chcę przeżywać częściej, o nie. Zawał co 15 minut.




Z Augustem znam się od lat, chodziliśmy razem do szkoły. Nowakę poznałam dużo później, podczas jednej z wielu imprez w Istebnej. W wielkim dniu wszystko na szybko i pędem, nie robiliśmy długo zdjęć, bo wódkę trzeba szybko pić, a rosół stygnie. Wesele!








Fajny to był dzień, fajny to był ślub.


Komentuj (0)


Link :: 24.08.2010 :: 13:41
Dzisiejszy wpis będzie długi i wakacyjny. Po powrocie z tygodniowych turystycznych przygód, pragnę podzielić się mymi obserwacjami, a także dać cenne wskazówki kolejnym ciekawym świata podróżnikom (względnie amatorom leżenia).

Tegoroczny urlop spędziliśmy na greckiej wyspie Zakynthos. Pozwolę sobie objaśnić. Zatem...



To jest wyspa. Jest mała i odłączona od całej sieci popularnych greckich wysepek. Ma to swoje wady, ma i zalety.
Na wyspie jest lotnisko, na którym do jedzenia można kupić wyłącznie kanapkę z serem, mielonką i pomidorem. Jest okropna (4,5 euro). Na pozostałe jego elementy nie mam co narzekać, bo się nie znam.

Na mapce zwinnie zaznaczyłam trasę, którą pokonaliśmy oraz punkty docelowe, które były niedostępne dla - powiedzmy - przeciętnego turysty. Nie organizowano tam wycieczek, nie można było przejść się na nie spacerkiem. Generalnie grubsza sprawa. Ale od początku...






Nasza miejscówka to Argassi. Miasteczko w niczym nie przypominające greckiego miasteczka. W niczym. To angielskie Las Vegas z ulicami (sztuk 2) pełnymi banerów, reklam i informacji "Angliku, u mnie zjesz najlepsze burgery i frytki". Bo takie jedzenie tam się podaje. Centrum jest "Magic Mushroom". Disco disco ponad wszystko, gdzie usłyszycie największe przeboje taneczne ever.

Grecy wychodzą z założenia (słusznego!), że skoro przyjeżdżają do nich SAMI ANGLICY i chcą jeść TYLKO ANGIELSKIE JEDZENIE i bawić się tylko w angielskim stylu i leżeć na basenie czytając angielskie książki, to oni na tym zarobią. I zarabiają. Śniadania po angielsku (bekon, fasolka, kiełbaska, jajko sadzone i tosty) to normalka. Do większości dań podawane są frytki, a większość dań to hamburger. Największe disco obok Madżik maszruma to Avalon (atrapa zamku strasząca przy głównej ulicy), a przy każdym basenie stoi półka z angielskimi książkami.

A to wszystko - jak wspomniałam - związane jest z faktem, iż Argassi to kolonia angielska. Nie ma tam klimatu urokliwego greckiego miasteczka z białymi domkami i niebieskimi drzwiami. Pierwszego dnia jak to zobaczyłam byłam bardzo rozczarowana. Później okazało się, że Argassi potrafi mi te "lasvegasowe" niedogodnienia wynagrodzić.


Przede wszystkim udało nam się odszukać jedyną w miasteczku prawdziwą grecką knajpę, w której pracowali tylko Grecy (a uwierzcie mi, to wcale nie było takie oczywiste, większość obsługi na wyspie to angole), i w której podawano prawdziwe greckie jedzenie - FANTASTYCZNE! Knajpa nazywa się ZORBAS, a jej właścicielem jest Yiannis, uroczy Grek, który z całą swoją rodziną tworzy niezwykły klimat tego miejsca. Tam pierwszego dnia zjadłam musakę.



Później baraninę, szaszłyki (pyszne!), rybę... dostaliśmy też od szefa prawdziwą oliwę z oliwek, którą robi z żoną dla swoich domowników. Podał nam ja w plastikowej butelce po wodzie mineralnej. Byliśmy przeszczęśliwi.

Kolejną nagrodą był dmuchany żółw i szalone na nim plażowanie. Dla amatorów budowania zamków z piasku - Argassi nie jest dobrym wyborem. Piaszczysta plaża to nie jest określenie, które pasuje do tej miejscówki. Ale to akurat w niczym nie przeszkadzało.

Jeśli ktoś będzie wybierał się na Zakynthos, warto sprawdzić nie tyle piaszczystość plaży, co piaszczystość dna w morzu. Bo w końcu muszą być jakieś priorytety :)





A w pełni ekstazy byłam, gdy zobaczyłam wodę. Po prostu - wodę w morzu. To było coś niezwykłego. Jest tak przezroczysta, jakby jej nie było. Ale o wodzie będzie jeszcze później, więc teraz tylko zagwarantuję czytającym chwilowe westchnięcie i lecę dalej.

No to wyruszamy. Podróżując po wyspie samochodem warto mieć świadomość jak niewielkie odległości dzielą poszczególne miejscówki. Trzeba jednak pamiętać, że ilość kilometrów ma małe znaczenie w określaniu przybliżonego czasu przejechania. O tym decydują górki, zakręty i konieczność cudownego rozmnożenia drogi jednopasmowej (ledwo ledwo) na drogę dwupasmową.











Pierwszą miejscówką, w którą pojechaliśmy była Limniona, a dokładnie Porto Limniona. Dojazd jest bardzo trudny, ale warto.

Jest to miejsce, które nie jest wolne od turystów, ale zniechęca ich skutecznie swoją "dzikością". Zejść do wody można tylko po skałach (co przypłaciłam rozcięciem ręki i nogi), a odpocząć można tylko na kamieniach lub na górce, która pokryta drzewami daje przyjemny cień. Trzeba tylko uważać na mrówki, bo gryzą jak złe.






Z Limniony ruszyliśmy do Keri. Tą miejscówkę poleciły nam Czeszki pracujące w Argassi.



W Keri rzeczywiście jest ładnie. I to w zasadzie tyle pozytywów, które możemy na temat tego miejsca z siebie wykrzesać. Jest tam strasznie drogo, przy plaży jest główna droga, którą jeżdżą autobusy i ciężarówki, a całość zamknąć możemy w haśle grecki Sopot.



Podobne obiady jadłam na stołówce Uniwersytetu Śląskiego, joł. Tylko one były za 7 zł :)


Kolejnym etapem naszej wyprawy była plaża Gerakas. Jadąc na nią nie wiedzieliśmy jeszcze, co nas spotka. Okazało się, że jest tam rezerwat żółwi.

Plaża sama w sobie jest niezwykła, piasek jest tak przyjemny, że aż chce się w nim zakopać. Robić tego nie można, bo żółw zwierze wymagające, musi mieć wszystko na swoim miejscu. Dlatego ludność miejscowa i napływowa może plażować w odległości do pięciu metrów od wody (często do 2, 3), ma zakaz budowania czegokolwiek z piasku, tworzenia różnic wysokości itd. Oczywiście jest bezwzględny zakaz grania we wszelkie piłki, biegania itd. Wszystko, by ochronić jaja żółwia morskiego Caretta-Caretta.








I na koniec - Dafne Beach. Droga do tej plaży była bardzo ciężka. Były chwile, kiedy miałam wrażenie, że nasz samochód stoi pionowo, a jego przyczepność z każdą sekundą maleje. Podróż nie była łatwa, ale widoki - świetne. Odpoczęliśmy na miejscu siedząc na wielkim kamieniu i padnięci wróciliśmy do hotelu.






Kolejną naszą wyprawą był rejs statkiem dookoła wyspy. Nieopatrznie, z wygody nie z wyboru, udaliśmy się na rejs, którego znaczącą część stanowili Polacy. I muszę to napisać - drodzy rodacy. NIE CHODZI SIĘ W SLIPACH. PO PROSTU SIĘ TEGO NIE ROBI! To godzi w estetykę i dobry smak ludzi normalnych. I mogłam sobie napisać, bo w przyszłym roku znów dopadnie mnie slipmen z Polski. Bankowo.




(żeby nie było - gość w czerwonych szortach był Francuzem).


Podczas rejsu zaplanowano trzy relaksacyjne wodne rozkosze. Pierwsza odbyła się w miejscu niezwykle urokliwym, gdzie woda mieniła się kolorami, a mimo ogromnej głębokości - widzieliśmy dno morza.









Ostatnim punktem naszej wyprawy, który zdecyduję się opisać, jest oczywiście zatoka wraku. Miejsce przepiękne, z krystalicznie czystą wodą, która - dzięki kamieniom, wyglądała jak mleko. Zachwyciliśmy się tym miejscem bardzo.




Mogłabym i napisać więcej i zdjęć więcej wrzucić. I pewnie tak zrobię, ale... było tak fantastycznie, że nie skupiałam się na fotach, dlatego są jakie są albo nie ma ich w ogóle. Cudowny wyjazd, przepiękna wyspa i znakomite towarzystwo. MIŁOŚĆ.

:)





No i pozdro 600 myyyy... :P





Komentuj (6)


Link :: 24.08.2010 :: 12:37

Jeszcze na chwilę - Gosia i Asia. Rozmowy, "grill" i leniuchowanie. Jeszcze przedwoodstockowe. W ramach wzruszeń :)


Komentuj (0)







[Księga gości]



2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń

2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj




trzaskprask.
bialekozaczki.



bosy.
koza.



bedur.
bartpogoda.
ogien.
piotrusb.
hakkepeachpit.
weatherman.
satyr88.
ptasiemleczko.
anahitaz.
burkinafazo.
kicz.
p-apier.
majty.
roztopolotu.
szczerbik.
undaar.
kociak.
marekkopec.
webber.
tymonski.
zaoknie.
eselowu.
chudkiewicz.
tasman.



vhm-design.
brandnumedia.
ekiselev.
recycledarea.
neilduerden.







zrobił:
bosy